10 czerwca 2013

PODRÓŻE: Paulaaaa do Niemiec wyjechała...


... i sprawiła, że jej rodzice przez chwilę poczuli się jak "empty nesters" ;) Ale od początku. Studia dają wiele możliwości, to wiemy wszyscy. Nie chodzi mi tutaj jedynie o to, że z wyższym wykształceniem jest łatwiej znaleźć pracę... bla, bla, bla. Chodzi mi o sam czas na studiach. Ja swój postanowiłam wykorzystać jak najlepiej i wyciągnąć z niego tyle, ile się da, bo studentką na utrzymaniu rodziców, która jakoś szczególnie wieloma rzeczami nie musi się przejmować, wiecznie nie będę! Tak więc jednym z kroków, które wykonałam w kierunku rozwoju mojej osoby, było zapisanie się do koła naukowego funkcjonującego na mojej uczelni. Decyzja dosyć spontaniczna, aczkolwiek jestem z niej bardzo zadowolona. Nie będę Wam tutaj przybliżać całego mechanizmu, całej działalności itp., bo to rozległy temat, na który sama nie jestem wstanie się dokładnie wypowiedzieć, ponieważ dość późno zaczęliśmy intensywną działalność i cały czas wdrażam się w ten system. W każdym razie, uczestnictwo w kole stworzyło mi wiele nowych możliwości i jeszcze więcej zapewne stworzy. 

To, o czym chciałabym Wam napisać dzisiaj to nasz wyjazd do Niemiec w celu przeprowadzenia kilku badań. Takim głównym założeniem jest otworzenie się na inne kultury i dostrzeżenie tego jak środowiska wielokulturowe bądź o innej kulturze funkcjonują. Poza tym dążymy do tego, by zobaczyć, w jaki sposób dane miasta prezentują się na arenie międzynarodowej. Jakie są ich założenia, formy promocji, co robią w kierunku zadowolenia mieszkańców, przyciągnięcia nowych no i oczywiście dalszego rozwoju. Tak naprawdę taki wyjazd łączy przyjemne z pożytecznym. Możemy odwiedzić i zobaczyć nowe miejsca, poznać nowych ludzi i nowe kultury, ale też spotkać się z ludźmi pracującymi w takich miejscach jak urząd miasta, czy departamenty turystyki i zobaczyć od wewnątrz, jak to wszystko funkcjonuje. Naprawdę rewelacyjna sprawa. No i duży plus dla "biednego studenta" to fakt, że cały wyjazd odbywa się za naprawdę niewielkie pieniądze. 

Projekt na mojej uczelni ma miejsce od kilku lat. Wyjazd w którym uczestniczyłam ja i pięciu innych studentów był szóstym z kolei. Tym razem padło na Niemcy i miasto partnerskie Bydgoszczy, Mannheim. Wyjechaliśmy 26 czerwca o godzinie 19:40, by po 16 godzinach jazdy PKS-em znaleźć się w Badenii- Wirtembergii ;) Nie powiem, że było lekko, bo naprawdę ciężko wysiedzieć tyle godzin w autokarze, ale czego się nie robi, by obniżyć koszta podróży i przeżyć coś fajnego! Nie będę Wam dużo opowiadać o samym mieście, bo tak naprawdę możecie o nim znaleźć wiele informacji w przewodnikach i internecie. Chciałabym Wam jednak pokazać kilka zdjęć, które zrobiłam w czasie wyjazdu. Mannheim to naprawdę piękne miasto, w którym barok łączy się z nowoczesnością, ale żeby docenić jego piękno, trzeba tam po prostu pojechać. Mam jednak nadzieję, że zdjęcia ukażą chociaż po części to, co mogłam zobaczyć własnymi oczami ;) - po kliknięciu na zdjęcie możecie je jeszcze bardziej powiększyć!




 



Przyznam szczerze,  że mi osobiście najbardziej podobają się te czarno-białe zdjęcia. Uwielbiam fotografować tzw. życie w mieście. Mam wiele tego typu zdjęć z Tunezji (może kiedyś Wam je pokażę - są zainteresowani? Łapki w górę ;), ale wszystkie są w kolorze, ponieważ wcześniej zupełnie nic z nimi nie robiłam. Dzisiaj jakoś tak naszło mnie, by te z Niemiec zrobić właśnie w takim stylu. Co o tym myślicie? Nie znam się tak naprawdę na obróbce zdjęć, nadal się uczę, kombinuję i przede wszystkim bawię. Może kiedyś wyjdą mi jakieś małe dzieła sztuki, ale najpierw muszę nauczyć się fotografować, co zaczęłam uskuteczniać też na wyjeździe (napiszę jeszcze o tym więcej) a potem będę mogła uskuteczniać efekty komputerowe.

Na dzisiaj to tyle, bo i tak się rozpisałam, ale będzie jeszcze kilka postów z tej serii. Nie wiem, czy zainteresowałyby Was posty tego typu (posty o moich podróżach i relacje fotograficzne), ponieważ tego tutaj jeszcze nie było a chciałabym wprowadzić! Chętnie wysłucham wszelkich za i przeciw, więc jeżeli macie dla mnie jakieś wskazówki, sugestie bądź po prostu słowa krytyki na temat moim zdjęć chętnie o nich przeczytam. Jak zwykle zapraszam do dyskusji w komentarzach ;)

C.D.N

8 czerwca 2013

JĘZYKI: Cold Little Hand


Mroczny klimat współczesnego Londynu, towar wart miliony, tajny agent Interpolu, mafijne powiązania polityków ze światem przestępczym, tajemnicza piękność oraz zaskakujące zakończenie - „Cold Little Hand” to wyjątkowa książka do nauki angielskiego. Dzięki lekturze wciągającej kryminalnej historii połączysz naukę z przyjemnością czytania, a przy okazji: poznasz współczesne angielskie słownictwo, utrwalisz poprawne konstrukcje leksykalno-gramatyczne i przekonasz się, że nauka języka obcego może być przyjemnością, której nie sposób się oprzeć


Cold Little Hand trafił do mnie już jakiś czas temu. Zwlekałam jednak z opisaniem go Wam, żeby jak najlepiej mu się przyjrzeć i jak najwięcej z niego wyciągnąć. Nie uczyłam się jeszcze języka w ten sposób, więc potrzebowałam troszkę więcej czasu na zapoznanie się z taką formą nauki. Co z tego wyszło?

Nauka z tym kryminałem wyglądała zupełnie inaczej niż zazwyczaj taka nauka u mnie wygląda. Zazwyczaj albo coś oglądam, albo słucham, albo wypisuję nieznane mi słówka podczas tłumaczeń, przeglądania tekstów itp. Zdarzało mi się też czytać książki czy artykuły po angielsku, więc w jakimś tam stopniu nie jest to dla mnie nowością, ale jednak... gdzie znalazłam różnicę?

Rozdziały są stosunkowo krótkie, trudniejsze słówka tłumaczone na marginesie a po każdym rozdziale przygotowano kilka zadań, by sprawdzić nasze rozumienie treści, ale też pomóc utrwalić słówka i zagadnienia gramatyczne. Oczywiście to wszystko działa na plus książki. Nie tracimy czasu na poszukiwanie znaczeń słów, ponieważ znajdują się one na marginesach, nie męczymy się podczas rozwiązywania zadań, które sprawdzają nasze rozumienie, ponieważ rozdziały są dość krótkie, więc spokojnie jesteśmy wstanie wszelkie szczegóły zapamiętać i od razy zadanie rozwiązać, bez potrzeby powracania po kilka razy do tekstu. Zadania utrwalające słownictwo rzeczywiście je utrwalają, ponieważ przedstawione słówka zapamiętuję szybciej niż, gdybym non stop miała zerkać na listę i je powtarzać.

Książka bardzo mnie zaskoczyła, ponieważ ma dość mały format. Spodziewałam się raczej książki formatu A4 i chociaż początkowo byłam sceptyczna do tak małego wydania, teraz wiem, że to strzał w dziesiątkę, ponieważ mogę wrzucić książkę w torebkę i zawsze mieć ją przy sobie. Waży niewiele, zajmuje też niewiele miejsca. Nic tylko zabierać ją ze sobą, czytać i rozwiązywać zadania. Kolejnym dużym plusem, który zazwyczaj Was interesuje to jej cena. Książka kosztuje zaledwie 19,99, co jak na standardy wydań do nauki języków jest naprawdę niską sumą. Myślę, że książka jak najbardziej jest warta swojej ceny, ponieważ ja z wielką przyjemnością odkrywam kolejne tajemnice i rozwiązuję kolejne zadania. Wiem też, że po skończeniu tego tytułu (co pewnie troszkę jeszcze mi zamie) sięgnę po jakiś kolejny. Po cichu też liczę, że wydawnictwo zdecyduje się również na inne gatunki niż kryminały. Chętnie sięgnęłabym np. po książkę z gatunku fantastyki, ale to już moje widzi mi się ;)


TUTAJ macie wgląd w to, jak skonstruowany jest rozdział książki i możecie sami się przekonać, czy taka forma nauki byłaby dla Was odpowiednia.

LITERATURA: Nowy Przywódca, Julianna Baggott

grafika
Tytuł: Nowy Przywódca
Autor: 
Wydawca: Egmont
Ilość stron: 560

Pamiętacie pierwszy tom serii Świat po Wybuchu (RECENZJA)? Na szczęście nie musiałam długo czekać i już jestem po lekturze tomu drugiego. Teraz pewnie już tak dobrze nie będzie i z kolejnym wydaniem będę musiała się wstrzymać, no ale nie o tym mowa ;)


W świecie, w którym nic nie jest takie samo jak Przedtem naprawdę wiele się dzieje. Nasi bohaterowie nadal walczą o przetrwanie: ich przygoda nie dobiegła jeszcze końca. Pressia i Bradwell próbują jak najwięcej dowiedzieć się o przeszłości i przyszłości zarazem. Posiadają czarną skrzynkę, która skrywa tajemnice i klucz do zwycięstwa. Wskazówki zaprowadzą ich tam, gdzie nigdy nie sądziliby, że mogą dotrzeć. Partrige i Lyda zazwyczaj trzymani się przez matki w odosobnieniu. Spotykają się jednak, by sporządzić plany wnętrza Kopuły. Wszystko idzie jednak nie po ich myśli i już wkrótce Partrige wraca pod Kopułę i w dużej mierze od niego będzie zależało, jak potoczy się życie wszystkich bohaterów. Jednak utrata pamięci w niczym mu nie pomoże...


Drugi tom kontynuuje wydarzenia z tomu pierwszego i nadal mamy okazję poznawać bliżej, znanych nam już bohaterów. Książka skonstruowana jest tak samo jak jej poprzedniczka. Każdy z bohaterów ma swoje rozdziały, w których opowiada historię ze swojego punktu widzenia. Bardzo lubię książki napisane właśnie w ten sposób, ponieważ pozwalają one ujrzeć nam kompleksowy obraz historii, poznać myśli i uczucia wszystkich bohaterów a także lepiej im się przyjrzeć.

Właśnie dzięki takiemu ułożeniu treści, bardzo fascynuje mnie postać El Capitana i Helmuda, którzy w tym tomie odgrywają sporą rolę. Fantastyczna kreacja postaci, która nie odniosłaby takiego skutku i mogłaby przejść bez echa, gdyby historia pisana była z punktu widzenia tylko jednego bohatera. Dzięki temu, że poznajemy również ich wersję wydarzeń można zauważyć jak złożona jest postać braci. Helmud okazuje się być kimś więcej niż tylko bezużytecznym wrakiem człowieka na plecach swojego jeszcze sprawnego brata.

Bałam się tego tomu. Pierwsza część nie rzuciła mnie na kolana, ale postanowiłam dać szansę autorce i sprawdzić, co przyszykowała dla czytelników tym razem. Tom liczy sobie prawie 600 stron i nie chciałam się z nim męczyć. Muszę jednak przyznać, że jestem miło zaskoczona, bo "Nowy Przywódca" podobał mi się o wiele bardziej niż "Nowa Ziemia". Nie będzie to może moja ulubiona seria, ale nadal uważam, że warto po nią sięgnąć i zapoznać się ze światem, który mógłby być naszym, który zdecydowanie nie jest przerysowany, ale przedstawia wszystko to, co rzeczywiście mogłoby się wydarzyć.


Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Egmont!

5 czerwca 2013

LITERATURA: Dotyk Julii, Tahereh Mafi

grafika
Tytuł: Dotyk Julii
Autor:
Wydawca: Otwarte
Ilość stron: 336

Obawiałam się tej książki, oj obawiałam. Już od zeszłego roku grzała miejsce na półce i chociaż bardzo chciałam ją przeczytać, jakoś nie mogłam się za to zabrać. Przyszedł jednak odpowiedni czas i "Dotyk Julii" stał się lekturą przeczytaną. Co wyszło z tego dość krótkiego spotkania?

Julia jest zamknięta w celi. Od 264 dni żyje w odosobnieniu, nie mając się do kogo odezwać, do kogo przytulić. Dlaczego jej życie wygląda właśnie w ten sposób? Julia jest potworem. Julia ma niezwykłą moc, nadludzki dar. Kiedy kogoś dotyka, wysysa siłę życiową i osoba przez nią dotknięta umiera. Przychodzi jednak czas, kiedy w jej celi pojawia się Adam. Dziewczyna nie wie co to ma znaczyć, dlaczego strażnicy działają w ten sposób, ale jej życie wchodzi na nową drogę. Komitet Odnowy chce wykorzystać Julię do zawładnięcia światem. Dziewczyna będzie narzędziem zniszczenia. Dziewczyna będzie musiała walczyć o siebie i miłość. Na szczęście znajdą się tacy, którzy staną po jej stronie i nie zostawią jej samej.

Książka już od czasu wylądowania w zapowiedziach była moim "must have" jednak kiedy pojawiła się ta wielka fala, która pochłaniała wszystkich bloggerów po kolei, która sprawiała, że wszędzie można było znaleźć recenzje książki, "Dotyk Julii" po prostu mi się przejadł samym patrzeniem na okładkę i czytaniem opinii innych. Z jednej strony nadal bardzo chciałam zapoznać się ze światem stworzonym przez Tahereh Mafi a z drugiej miałam już dość, chociaż jeszcze nie zaczęłam jej czytać. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, jestem zadowolona, że przeciągnęłam w czasie przeczytanie książki i zrobiłam to, kiedy cały szał ucichł. Dlaczego? Książka sprawiła mi wiele przyjemności i czytałam ją z "czystą kartką", bez żadnych uprzedzeń i opinii innych, których na początku naczytałam się sporo. Jedyną obawą była możliwość podobieństwa książki do "Dotyku" Jus Accardo - teraz wiem, że całkowicie nieuzasadniona. Mimo, że obie książki mają wątek zabijania przez dotyk, jedna nie jest plagiatem drugiej.


W każdym razie, nie będę tutaj pisała nie wiadomo o czym. Krótko, zwięźle i na temat: książka mnie urzekła. Nie spodziewałam się aż tak ciekawej historii. Nie powala może z nóg, bo czytałam już lepsze pozycje, ale potrafi zadowolić czytelnika. Poprzeczka jej postawiona nie stała zbyt wysoko, więc może dlatego książka mnie nie zawiodła i łatwo spełniła swoje zadanie. Chodziło o przyjemne spędzenie czasu, przeczytanie czegoś innego i tak właśnie się stało. Co takiego oryginalnego jest w "Dotyku Julii"? Nic innego jak styl autorki. Jego zalążki możecie przeczytać na początku mojej opinii i na tylnej okładce książki. Chodzi o te przekreślone zdania, które zaraz obok napisane są na nowo. Dla tych, którzy nie czytali książki, za wiele one nie mówią, ale podczas czytania można zauważyć, co dzieje się w psychice głównej bohaterki, jakie ma zdanie o samej sobie, jak podchodzi do życia. Naprawdę ciekawa forma przekazania treści. Drugim plusem, który nie zawsze się sprawdza są liczne powtórzenia. Autorka bardzo często wielokrotnie powtarzała te same wyrazy. To również sprawiło, że lepiej można było poznać Julię.

Tak więc pomysł na ciekawą historię, oryginalnie zapisana treść, rozterki bohaterów, ale też przedstawione uczucia miłości, przyjaźni, wierności, zawziętości, chęci przejęcia władzy, sprawiły, że "Dotyk Julii" czyta się bardzo szybko i bardzo przyjemnie. Jest to książka na tzw. dwa wieczory. Wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu i nie każdy będzie nią zachwycony, ale muszę przyznać, że mnie osobiście bardzo zaskoczyła (pozytywnie!) i z ogromną przyjemnością sięgnę po jej kontynuację, która prawdopodobnie ukaże się już w przyszłym miesiącu!


3 czerwca 2013

JĘZYKI/ PODSUMOWANIE: Podsumowanie językowe 13maj - 2 czerwiec


 

Tym razem wypadło na trzytygodniowe podsumowanie, ponieważ nie było mnie w zeszłym tygodniu, więc nie miałam jak napisać tego postu ;) Tym razem wypadłam troszkę gorzej - zdaję sobie z tego sprawę. Teraz najbliższy miesiąc też raczej szałowy nie będzie, ponieważ nadszedł czas zaliczeń na uczelni i na tym właśnie muszę się skupić, ale języki oczywiście nie pójdą tak całkowicie w odstawkę ;)




1. Angielski: Film "So undercover", 2 rozdziały "Cold Little Hand", 2 odcinki "Pretty Little Liars", 1 odcinek "The Vampire Diaries", słówka z akcji "Piątki z angielskim" + przeczytałam instrukcję obsługi xD


Niestety tym razem zaniedbałam troszkę hiszpański, ale otoczyłam się przez 4 dni angielskim i niemieckim, w związku z czym mogę sobie wybaczyć to niedopatrzenie w hiszpańskim. Od poniedziałku do czwartku praktycznie żyłam angielskim i niemieckim, ale o tym jeszcze będę miała okazję Wam napisać i nawet zdać relację zdjęciową ;)


W najbliższym czasie możecie liczyć moją opinię na temat "Cold Little Hand", post z serii Piątki z Angielskim a także relację (także zdjęciową) z ostatniego wyjazdu. Myślę, że napiszę również co nieco o moich postanowieniach językowych, bo sporo się ostatnio działo i poprzestawiało w moim życiu ;)